Mówi się, że „wszystko, co dobre, szybko się kończy”. I niestety tak było również w przypadku zdobywania przez nas szczytów zaliczanych do Korony Gór Dolnego Śląska. Godziny spędzone na szlakach, dziesiątki pięknych widoków, setki zdjęć i mnóstwo zjedzonych batoników. 🙂 Wszystko minęło z szybkością, z jaką zwykle mija nasze polskie lato.
Ostatnim szczytem, którym domknęliśmy naszą przygodę z Koroną była Borowa – najwyższy szczyt Gór Wałbrzyskich, niesłusznie pominięty na rzecz Chełmca w Koronie Gór Polski.


Trasę wspomnianego wypadu rozpoczęliśmy na stacji kolejowej Wałbrzych Centrum, by błyskawicznie udać się do parku im. Jana III Sobieskiego, żeby odwiedzić tamtejszą wieżę widokową, bo oczywiście tego akcentu w naszej wędrówce nie mogło zabraknąć 😄.








Widoczność tego dnia była świetna. Ze szczytu budowli można było dostrzec piękną panoramę Wałbrzycha oraz kilka szczytów z wieżami widokowymi, m.in. Dzikowiec, Chełmiec czy Trójgarb. Po podładowaniu baterii pierwszym większym posiłkiem tego dnia (tak, batoniki też były 😄), ruszyliśmy dalej w kierunku wzgórza o nazwie Niedźwiadki.
Warto w tym miejscu wspomnieć jeszcze o mieszczącym się w pobliżu wieży schronisku PTTK Harcówka, które jest jedynym tego typu obiektem w Polsce, jaki mieści się w zasadzie w sercu miasta.


Po drodze na Niedźwiadki natrafiliśmy na bardzo interesujący obiekt. Mowa o ruinach Mauzoleum Totenburg. Na mapie pozycję tę odnajdziecie pod nazwą „Pozostałości znicza”.
Zaciekawieni bryłą budowli po powrocie do domu postanowiliśmy poszukać o niej trochę informacji w internecie. Okazuje się, że obecne ruiny nazywane są niekiedy „ostatnią świątynią Hitlera w Polsce”, a nazwa mauzoleum nie jest do końca adekwatna, gdyż nie pochowano tu żadnego ciała. Powstały w 1938 roku obiekt został wybudowany w celu upamiętnienia Ślązaków poległych w czasie I wojny światowej, ofiar wypadków w kopalniach oraz lokalnych bojowników ruchu narodowo-socjalistycznego. Jego monumentalny architektoniczny charakter był z kolei typowy dla nazistowskich budowli.
Co ciekawe, w miejscu oznaczonym jako „Pozostałości znicza” rzeczywiście znajdował się kiedyś potężny znicz, zasilany gazem z podziemnej instalacji.

Jak widać, czasami zupełnie nieświadomie można trafić w miejsce z niesamowitą historią, choć w tym wypadku dotyczyła ona mrocznego okresu dziejów ludzkości.

Nigdy wcześniej nie byliśmy na Niedźwiadkach i chyba za dużo nie straciliśmy. Trochę zaskoczył nas tu fakt, że tabliczkę z nazwą szczytu odnaleźliśmy w trzech punktach, oddalonych o siebie o dobry kawałek drogi. Gdzie mieścił się prawowity wierzchołek góry? Wydaje się, że w przy oznaczeniu z powyższego zdjęcia.
Tereny wokół Niedźwiadków wydały nam się za to świetnym miejscem do trenowania biegania i to znajdującym się w zasadzie przy samym centrum Wałbrzycha.
Ruszamy dalej. Następnym miejscem, do jakiego zmierzaliśmy był punkt widokowy na szczycie potocznie nazywanym Timurem.

Dotarliśmy do niego odbijając z Przełęczy Szypkiej.


Niestety, jak się okazało, wzniesienie z każdym rokiem traci swój widokowy charakter – jedyne co udało nam się tym razem z niego dostrzec to najwyższy szczyt całych Sudetów – Śnieżkę. Innym fotogenicznym obiektem znajdującym się na górze jest pięknie prezentująca się sosna.




Po krótkiej wizycie na Timurze zeszliśmy z powrotem na Przełęcz Szypką i czerwonym szlakiem udaliśmy się tym razem w stronę platformy widokowej pod Dłużyną. Tutaj znowu mogliśmy nasycić oczy rozległą panoramą, obejmującą zabudowania Wałbrzycha i otaczające go szczyty.
Z każdym kolejnym krokiem zbliżaliśmy się do głównego celu naszej wyprawy, jednak zanim „zaatakowaliśmy” Borową, po drodze mieliśmy okazję zajrzeć na jeszcze jeden punkt widokowy.




Znajduje się on pod szczytem Wołowiec, a jego charakterystycznym elementem jest biały krzyż. Niełatwo tam trafić, gdyż w odpowiednim momencie należy odbić z czerwonego szlaku w ledwie widoczną ścieżynkę pnącą się do góry.

Punkt widokowy pod Wołowcem to mały rarytas naszego wypadu i jedna z najbardziej krajobrazowych miejscówek odwiedzonych przez nas tego dnia.
Przemawia za tym choćby fakt, że przy takiej widoczności, można z niej dostrzec nie tylko Wałbrzych i otaczające go góry, ale również Śnieżkę, a nawet Śnieżne Kotły i stację RTON. Choć akurat w wypadku tych ostatnich, oprócz dobrej przejrzystości powietrza, przyda się Wam także dobry wzrok. 🙂

Po powrocie na czerwony szlak, błyskawicznie docieramy do Przełęczy Koziej, miejsca gdzie rozchodzą się szlaki prowadzące na Borową. Niczym w grze komputerowej, można tutaj wybrać poziom trudności. Szlak czerwony jest dłuższy, ale łagodniejszy.


Szlak czarny jest o wiele bardziej wymagający – żeby bez problemu nim podchodzić konieczna jest niezła kondycja i odpowiednie obuwie. My postawiliśmy na słynną „ścieżkę przez mękę”, aby zakończyć nasze zmagania z Koroną Gór Dolnego Śląska z przytupem.

I tak oto, po nieco ponad 10 minutach intensywnej wspinaczki, dotarliśmy na Borową – do miejsca dobrze nam znanego, gdzie nie pierwszy raz przywitała nas wieża w kształcie kielicha – trochę tak jakby góra chciała wznieść toast za nasz sukces. 🙂








Podziwiając fantastyczne panoramy z tarasu budowli widokowej mogliśmy przywołać doświadczenia i wrażenia, które towarzyszyły nam na szlakach prowadzących na szczyty Korony Gór Dolnego Śląska. To definitywnie była świetna przygoda!
Więcej o wieży widokowej na Borowej przeczytacie w poświęconym jej na naszej stronie oddzielnym wpisie.
W sekcji TRASY odnajdziecie z kolei inne propozycje dotarcia na najwyższy szczyt Gór Wałbrzyskich.



My swoją wędrówkę tym razem kończyliśmy na stacji PKP Wałbrzych Główny. Dotarliśmy tam z Borowej czerwonym szlakiem, który spokojnie sprowadził nas do miasta.
Dwa przystanki pokonane pociągiem i znaleźliśmy się na stacji Wałbrzych Centrum, a więc tam skąd startowaliśmy.
Dzięki wizycie na Borowej, dziś możemy powiedzieć, że odznaka zdobywców Korony Gór Dolnego Śląska jest nasza! Przez chwilę przeszła nam przez głowę myśl – i co teraz? Na szczęście góry nigdzie się nie wybierają i będą czekać na dalsze odkrywanie ich zakątków w naszym wykonaniu. 🙂
