Nasza przedostatnia wycieczka, którą odbyliśmy w ramach zdobywania wzniesień zaliczanych do Korony Gór Dolnego Śląska, miała na celu dotarcie na dwie góry wznoszące się w pobliżu miejscowości Bielice – Kowadło oraz Rudawiec.
Należące również do zestawienia Korony Gór Polski wzniesienia być może nie należą do wybitnie ciekawych destynacji, ale skoro są to najwyższe punkty kolejno polskiej części Gór Złotych i Gór Bialskich, należało postawić na nich swoje stopy.
Wiedząc, że Kowadło i Rudawiec w zasadzie nie dostarczą nam większych wrażeń (przynajmniej w kwestii widoków), zaplanowaliśmy trasę w taki sposób, aby walory krajobrazowe można było nadrobić gdzie indziej.

Początkiem dla naszej wycieczki był tym razem plac przy tzw. wiacie pod Bocianem w Starym Gierałtowie. Na miejscu zjawiliśmy się wcześnie rano, bo wiedzieliśmy że kilometraż naszej wycieczki wynosić będzie ponad 30 km.


Niebieski szlak, którym ruszyliśmy szybciutko zaczął piąć się ku górze. Trasa już na początku zaprezentowała nam swoją różnorodność – szliśmy asfaltem, szutrową drogą, łąką, a nawet przez las.


Pierwszym ciekawym przystankiem mieszczącym się w pobliżu szlaku była grupa skał o nazwie Trzy Siostry. Interesujące dzieło natury nieożywionej zaskarbiło sobie naszą sympatię. Jeśli macie trochę doświadczenia we wspinaniu się po skałach, można spróbować wejść na jedną z nich, oczywiście przy odpowiednich warunkach pogodowych i z zachowaniem należytej ostrożności.
Kolejna atrkacja na naszej trasie była już przeznaczona definitywnie dla wszystkich. Piękna panorama, jaką odnaleźliśmy na mało znanym szczycie Łysiec udowodniła nam, że nadal warto szukać nietuzinkowych miejsc, które rozsiane są po mapie województwa dolnośląskiego.


Dla takich krajobrazów – złaszcza dumnie prezentującego się na horyzoncie Masywu Śnieżnika – warto było dodać do naszej trasy dodatkowy dystans.
Mimo lipca na kartach kalendarza, poranek nad Starym Gierałtowem był wyjątkowo chłodny. Potwierdziło to tylko starą prawdę, że wychodząc w góry (nawet te nie najwyższe) warto być przygotowanym na każde warunki pogodowe.

W rozgrzaniu się zdecydowanie pomogło nam wdrapywanie się na następny cel naszej wędrówki – Czernicę.

Kiedy dotarliśmy na szczyt, umiejscowiony na nim termometr wskazywał jedynie 10 stopni Celsjusza.

Niestety na mieszczącej się na wzniesieniu wieży zastaliśmy informację, że konstrukcja grozi zawaleniem – zresztą od wielu lat akurat tę budowlę trzeba traktować jako obiekt o znaczeniu przeciwpożarowych, nie zaś widokowym.
Ku naszemu zdziwieniu, kilka dni po naszej wizycie na Czernicy, doszły nas słuchy, że dosłownie parę godzin po nas przy wieży zameldowali się członkowie miejscowego PTTK, w celu gruntownego zadbania o konstrukcję.



Jak zatem widać, sytuacja z wieżą na Czernicy nie jest jednoznaczna. Jej stan techniczny wcale nie jest najgorszy, jednak teren na którym stoi należy do nadleśnictwa, któremu najwidoczniej nie jest po drodze, aby budowla była wykorzystywana w celach turystycznych.


Jako rekompensatę potencjalnych widoków z konstrukcji prezentujemy Wam ujęcia wykonane z drona.
Po przerwie na posiłek, ruszyliśmy w dalszą drogę.
Zejście do Bielic momentami miało dość ostry charakter, ale oprócz tego nie było wybitnie ciekawe.

Straconą dość szybko wysokość trzeba było odzyskać wspinając się na najwyższy szczyt polskiej części Gór Złotych – Kowadło. Około 2 km miarowego podejścia urozmaicił jego ostatni fragment (na żółtym szlaku można było napotkać kilka ciekawych skałek.
Kowadło to zalesiony szczyt, do pełni górskiego szczęścia brakuje tu zatem widoków, ale jest pieczątka, a w sezonie można nazbierać trochę jagód.
Mała podpowiedź – w okresie letnim oprócz prowiantu i wody warto nosić w plecaku mały pojemnik na dary lasu. 🙂





Pamiątkowe zdjęcie, stempel i można było wracać do Bielic.

Na szlakach biegnących wokół tej miejscowości spotkaliśmy naprawdę sporo ludzi, co przy wczesnej porze na zegarku było dla nas sporym zaskoczeniem. Widocznie górskie wyzwania, w tym Korona Gór Dolnego Śląska, zyskały w ostatnim czasie sporą popularność.
Warto w tym miejscu wspomnieć, że z Bielic można również zrobić sobie wycieczkę na Dalimilovą Rozhlednę – czeską wieżę, będącą w zasadzie kopią dawnej budowli widokowej mieszczącej się na Śnieżniku. To takie małe, ale przydatne wtrącenie.
Kolejnym szczytem z Korony, do którego teraz zmierzaliśmy, był Rudawiec.

Po krótkim, ale przyjemnym spacerku wzdłuż Białej Lądeckiej, po raz kolejny dziś czekało nas srogie podchodzenie, które zwłaszcza w swojej pierwszej części przetestowało naszą kondycję.





Rudawiec to drugi tego dnia szczyt, którego wysokość wynosiła ponad 1000 m (dokładnie 1103 m n.p.m.).
Podobnie jak na Kowadle, krajobrazy mają tu charakter leśny.

Jeśli jednak zejdziecie za szczytem kawałek na stronę czeską, będziecie mogli dostrzec świetnie prezentujący się na horyzoncie Śnieżnik.

Na najwyższym wzniesieniu Gór Bialskich czeka na nas pieczątka, która będzie potwierdzeniem wizyty w tym miejscu.
Zdobycie Rudawca oznaczało nie mniej nie więcej, że mogliśmy powoli myśleć o powrocie do Starego Gierałtowa.


Duktem nad Spławami dotarliśmy do Przełęczy Suchej i dalej tzw. Drogą Marianny do Wielkiego Rozdroża. Na tym fragmencie trasy zaskoczył nas asfaltowy charakter ścieżek, które skrzętnie wykorzystywali rowerzyści.
Po minięciu Przełęczy Dział wkroczyliśmy na ścieżkę, którą już tego dnia maszerowaliśmy.

Niebieski szlak powoli sprowadził nas na miejsce startu wycieczki.
Podsumowując i mówiąc szczerze, nie był to dla nas wypad z gatunku „top of the top”. Niewyruszenie na Kowadło i Rudawiec z Bielic na pewno ma swoje plusy. Tego dnia jednak ponad 30-kilometrowa trasa wymęczyła nas ponad nasz standard. Na osłodę pozostała jednak świadomość, że kolejne dwie góry zostały dopisane do naszej listy zdobyczy szczytów Korony Gór Dolnego Śląska i udało się przy tym zobaczyć coś więcej niż tylko znajdujące się na nich drzewa.
Tym samym, została nam już tylko jedna wędrówka w ramach Korony – wisienką na torcie będzie Borowa, na którą mamy zamiar wybrać się już niedługo. 🙂
